ŚWIADECTWA

WSTĘP     |     CZYTAJ     |     NAPISZ

Pozwólcie, że podzielę się z Wami tym co u mnie. Co dobrego u mnie:)

Na piątkowe spotkanie udałam się samotnie...
Siadłam w wyznaczonym miejscu obok innych zaciekawionych, wsłuchanych, rozmodlonych. Starałam się modlić, śpiewać, słuchać . Wciąż jednak jakby z dystansem, nie do końca, nie na 100%. Gdzieś w głowie krążyło wiele myśli, myśli rozbieganych, nie na temat, nie tu i teraz.

Kiedy zobaczyłam jak osoby obok mnie zaczynają podnosić ręce i modlić się, bez wstydu i zażenowania, autentycznie pomyślałam też bym tak chciała. Tylko czy to nie wstyd, czy to nie będzie chociażby głupio wyglądać. Może lepiej tak modlić się "po cichutku" i nie rzucać się w oczy?
I wtedy przypomniałam sobie jak usłyszałam całkiem niedawno, gdzieś na konferencji. Że dopóki Mojżesz trzymał ręce wysoko, dopóty jego naród wygrywał...
Pomyślałam: "i ja mam o co walczyć" i zaczęłam powoli podnosić ręce.
Nie minęło kilka minut jak obok mnie kolejne osoby zaczęły modlić się jak ja..
Przemarsz ulicami Krakowa, objawił mi kolejna prawda o sobie... Bałam się.. Ja która przecież się modlę, chodzę do kościoła nawet czytam i staram się. Bałam się i chyba trochę wstydziłam. Pomyślałam , że dużo łatwiej mi było iść z pielgrzymką. Tam wszyscy wiedzieli, że idą grupy, ja byłam ze wspierającymi mnie przyjaciółmi. Czułam że przynależę.
A teraz sama.
Pan jednak i wtedy walczył z moimi rozterkami. Wzięłam świecę i poszłam. Z tłumem. Pod Kościołem Mariackim byłam już spokojna. Nie bałam się stać w rozpraszającym się powoli tłumie. Patrzyłam na obraz Pana Miłosiernego. Nawet noc nie była straszna.

W sobotę.
Już od rana myślałam o kolejnym dniu ewangelizacji. Dziś inaczej. Mąż zdecydował że do mnie dołączy. Miało być łatwiej bo z nim. Tymczasem już podczas jazdy na stadion atmosfera nie sprzyjała modlitwie. Pomyślałam mogłam jechać sama. Spokojnie bym się pomodliła. Mąż narzekał że źle się czuje, że przyjechał dla mnie , a tak naprawdę to wcale nie chce.
Zrobiło mi się źle. I byłam zła. Tym bardziej, że przecież nie o to mi chodziło by w takiej atmosferze być w tym miejscu.
myślałam sobie w duchu. Jak on tak może. Nie modli się, siedzi naburmuszony, nie chce iść się wyspowiadać.
Nie to co ja. W zasadzie to nie mam potrzeby by iść do spowiedzi bo byłam u niej w zeszłym tygodniu. Ale on. Czy czasem nie lekceważy tego miejsca. Dlaczego nie chce skorzystać z tego spotkania?
I tu kolejny raz Pan dał mi światło.
Jakoś dziwnie zaczęłam się zastanawiać czy oby na pewno nie potrzebuję spowiedzi. Że może jednak pójdę, wszyscy idą. Jest na sumieniu i ciąży jeszcze nie jedno.
Zaczęłam chodzić po korytarzach. Widziałam modlących się w grupkach ludzi. Ale bałam się podejść.
Stałam przy jednym wyjściu na trybunę , słuchałam fragmentów świadectw, chodziłam myślałam.
W końcu łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Pomyślałam, ach ta muzyka. Czy ja zawsze muszę być tak wrażliwa. Przecież nie o emocje tu chodzi.
Zaczęłam myśleć o swoich grzechach i nagle stały się bardzo ciążące. I wydawało mi się że wstyd mnie ogarnia. I że nie wypowiem ich i zaczęłam myśleć że jestem tak brudna.
Wtedy podeszła do mnie Zakonnica.
"Czy w czymś ci pomóc?" zaproponowała
odpowiedziałam że nie że wszystko w porządku tylko muszę trochę pomyśleć
spojrzała na mnie takim spojrzeniem. Jakby wszystko widziała i wiedziała.
"Na pewno, Może jednak?" powtórzyła
I wtedy nie mogłam już powstrzymać płaczu. Przytuliła mnie...
"Chodź opowiem ci o sobie" powiedziała.
Jak to, pomyślałam, przecież... to nie chcesz słyszeć i mnie osądzać?
Powiedziała mi bolesne świadectwo swojego życia.
I wtedy mój strach zaczął znikać. Zaczęłam Jej opowiadać o sobie. Szczerze jak jeszcze nikomu. A przecież jej nie znałam.
Poszłam do spowiedzi, później pomodliłam się z dwoma przedstawicieli grupy "wsparcia".
Wróciłam na miejsce. Na scenie był już Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie.
Mogłam na Niego spojrzeć i mówić do Niego. Pan nie tylko przeszedł obok mnie w adoracji, Pan wszedł do mojego serca.
Nie poczułam gorąca o jakim mówią w darze Ducha Świętego, prowadzący adoracje nie powiedział "Pan przychodzi teraz do młodej kobiety, która…" Nie powiedział, czyli Pan do mnie nie przyszedł, pomyślałam przez chwilę.

Spojrzałam na Męża i zaczęłam znów patrzeć ... z miłością.
Pan Bóg przychodzi do Nas. I obdarowuje nas tym czego najbardziej potrzebujemy. Obdarza nas swoją wielką miłością, w obliczu której niczym są nasze proste często cielesne i ułomne prośby. W tej miłości jest wszystko czego potrzebujemy!

Niedziela
Mój Mąż śpiewa i klaszcze !!! Słysze że mówi znajomemu, że mu się podobało na tym spotkaniu.
Dwa dni później mówi mi że ma wolny wieczór więc może pójdziemy na różaniec, bo przecież jest październik. Na mszy też możemy zostać. Nie mogę wyjść ze zdziwienia. Szczególnie gdy deklaracja stała się czynem i rzeczywiście poszliśmy do kościoła. W środku tygodnia :)


Oj gdybyście widzieli mnie teraz. RADUJĘ SIĘ, CAŁYM SERCEM.
Chwała Panu za to!!!

Ania

Powrót do listy