ŚWIADECTWA

WSTĘP     |     CZYTAJ     |     NAPISZ

Przyszliśmy, mój kolega o 5 lat starszy naukowiec ateista na emeryturze.
- Kościół mnie o tytle interesuje, że chciałbym mieć katolicki pogrzeb, tego nigdzie nie ma, takiej celebracji! – powiedział z zadowoleniem kolega.

Siedliśmy, słuchamy, patrzymy. Jakiś pani w otoczeniu dwóch osób z plakietkami. Mężczyzna trzyma nad nią ręce coś mówi, a druga kobieta szepce jej coś do ucha.
- Marek! Powiedz mi co to za szamaństwo! Powiedział mi kolega półgłosem do ucha.
- To doradcy modlą się, by pokonać trudności i tłumaczą, by można odczytać swoje wnętrze, może jest w nim iskierka nadziei, a to potrzebne do tego by uchwycić Boga. Odpowiedziałem spokojnie.
- Widzisz byłem przez kilka lat ministrantem znam mszę po łacinie , ale nigdy czegoś podobnego nie widziałem w apostolacie świeckich! -Powiedział z oburzeniem.
Chciałem mu coś jeszcze powiedzieć , ale pozostałem w milczeniu , słuchaliśmy świadectw.
Mówił ewangelizator o swoim doświadczeniu w misji afrykańskiej, jak Afrykanka opowiadała, jak domu jej wtargnęli rebelianci i chcieli rozstrzelać domowników. Gdy rodzina uklękła przed dużym obrazem Jezusa Miłosiernego wycofali się.
- Czy masz przy sobie ten obrazek? Zapytał się kolega.
Wyjąłem z bocznej kieszeni marynarki i podałem mu.
- Tak przejmujący obraz mocnej postaci promieniującej światłem, to mogło na nich zadziałać, Afrykańczycy są przesadni, rebelianci też! – powiedział z ironią w głosie.
Nie wytrzymałem zacząłem ostry dialog, pomyślałem albo nic nie osiągnę albo wszystko.
- Byłeś ministrantem , a co rodzice na to? – powiedziałem trochę podenerwowanym głosem.
- Matka jest bardzo wierząca i chodzi w niedzielę do kościoła i przyjmuje Komunię, chciała bym był ministrantem. Ojciec już nie żyje, nie chodził do kościoła bo uważał, że Bóg jest wszędzie. Dostał wylewu i umarł w łazience. Matka wezwała natychmiast księdza z olejami i miał katolicki pogrzeb!- Mówił szybko jakby chciał z siebie wyrzucić przeszłość.
„Chryste!” pomyślałem „to dobry znak, nie godzi się z tym co było, ratuj duszę jego Panie”, pomyślałem w modlitwie wstawienniczej.
- Czy sądzisz, że dla ojca szczęśliwie się to złożyło, czy nie ma to w ogóle żadnego znaczenia? – Zapytałem obcesowo myśląc, że trzeba teraz drążyć temat.
Nie otrzymałem odpowiedzi, kolega ukrył twarz w dłoniach i po chwili zapytał się.
- Co jest jutro?
- Spowiedź i liturgia też, oprócz tego to co dzisiaj, mam na myśli świadectwa. – Odpowiedziałem ściszonym i bardzo powolnym tonem.
- Jutro jest rocznica śmierci tatusia, przyjdziemy wieczorem? – Powiedział z przejęciem. Uśmiechnąłem się, klepnąłem go po plecach. Umówiliśmy się pod Cracovią o wpół do siódmej wieczorem i rozeszliśmy się.
Na drugi dzień punktualnie o tej godzinie zjawiliśmy się przy wejściu na stadion.
- Działamy jak szwajcarskie zegarki – Powiedział żartobliwie, ale z uznaniem kolega.
Weszliśmy dostaliśmy obrazki Jezusa Miłosiernego, siedliśmy w sektorze B7 w pierwszy rzędzie.
- Tyle samo ludzi co wczoraj nie wiele więcej jak jedna trzecia stadionu, tak postęp techniczny i umysłowy rodzi zobojętnienie, nie tylko religijne, ale i na kulturę i sztukę. To wykazywałem w swoich badaniach socjologicznych. – Mówił jak na sali wykładowej.
Nie podejmowałem rozmowy modliłem się w ciszy. Wokół murawy stadionu stali spowiednicy.
- Zostań na chwilę pójdę do spowiedzi. Powiedziałem koledze kierując się w strone murawy stadionu.
- Wiesz co, pal sześć, i ja spróbuję, nie lubiłem konfesjonału, a tu czuję się wolny, tak na stojąco. Całą noc nie spałem, coś mnie w środku tłukło, muszę się z tym podzielić, właśnie z księdzem.
Wyszliśmy do spowiedzi, przynajmniej ja. Kiedy wróciłem kolega jeszcze stał i rozmawiał z księdzem, patrzyłem w jego stronę i nagle oniemiałem, on klęknął i otrzymał rozgrzeszenie. Chwilę jeszcze klęczał, wreszcie spowiednik podniósł go z klęczek. Wyskoczyłem z ławki i wpadliśmy sobie w objęcia.
Marek

MAREK

Powrót do listy